Segítsek! Zgubiłam geniusza!

Kiedy szantażem, terrorem i podstępem* zdobywałam Teklę, byłam absolutnie nią zachwycona. Widziałam w niej niesamowitego obediencowego geniusza – z jej niesamowitymi prędkościami, pasją do pracy, wciskaniem zabawki do ręki i niezwykłą inteligencją. Do tej pory pamiętam, jak na którymś treningu półroczny bąbel pokicał po metalowy aport i wrócił z nim przez przeszkodę. Całkowicie mnie to rozbroiło. Trudno było nie zakochać się w tym stworku, który był wszystkim, czym przez lata wymuszonej współpracy nie był Kelt, ten arogancki potwór.

Oczywiste więc, że byłam przekonana, że czeka nas świetlana przyszłość, a pierwszy start to już w ogóle. Nie ma o czym mówić. Formalność.

Na Węgry jechałam z psem niedotrenowanym, z ćwiczeniami zrobionymi w ostatniej chwili (niektóre nawet nie były zrobione), po trzech tygodniach bardziej intenswnych treningów. Tekla miała więc debiutować w Gödöllö, w tym samym miejscu, gdzie dwa lata wcześniej startowałam na Mistrzostwach Świata z Keltem.

Coż za piękna klamra!

Trening w piątek kapitalny, trening w wielkim balonie zawodów świetny, na Tekli normalnym zachwycającym poziomie (no może troszkę niżej, jeśli mam być szczera), nastroje boskie – a w niedzielę niespodzianka: mój pies się skończył! Tekla była tak zmęczona podróżą, spacerami, nowym miejscem i przytłoczona masą psów, że jedyne, na co miała siłę i ochotę, to przytulanie. Mój szalony i brykający mapet zamienił się w wymęczoną, zaspaną szmacianą laleczkę.

To nie jest stan, w któym można dobrze ćwiczyć.

Wbrew wszystkiemu – było całkiem dobrze. Prędkości się posypały, precyzja umarła, ale wszystkie ćwiczenia zostały zrobione. Aż tyle nie mogłam oczekiwać.

Pic by Rundog Photos http://www.facebook.com/rundogphotos

Ale oczwiście oczekiwałam. Bo tak mimo wszystko jest, że nawet jeśli wiadomo, że zawody są ostatnim miejscem, w którym dzieją się cuda, to ambicja, ta idiotyczna ambicja każe liczyć punkty i wściekać się, że jakieś ćwiczenie nie poszło, jak się tego chciało. A właściwie – jak się marzyło w tych najbardziej rozmytych pięciu minutach przed zapadnięciem w sen.

Zawody bezlitośnie punktują wszystkie błędy i niedociągnięcia treningu. Nie ma przypadków takich olimpijskie panczeny wygrane przez najwolniejszego z łyżwiarzy, bo cała reszta się wywaliła. Takie cuda dzieją się niesamowicie rzadko – jeśli chce się dobrze startować, trzeba wyrobić ileśtam godzin treningów. Nie można liczyć na to, że wszystkim podwinie się noga.

Bo nie ma cudów. Jest tylko praca.

Dobrze mi z tym. Z Teklą uwielbiam pracować jak zawsze – to się nie zmieniło; może tylko rozsądniej patrzę na kwestię treningów i ich przełożenia na zawody. Muszę więcej z nią ćwiczyć, więcej biegać, więcej jeździć. To takie proste.

Świetlana przyszłość wciąż przed nami – za miesiąc zawody w Świebodzicach!

god3

* To nie było tak. A przynajmniej nie do końca tak.

Reklamy

2 thoughts on “Segítsek! Zgubiłam geniusza!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s